Get Adobe Flash player

eDarling

BLOG

1 maj - Święto Pracy czy niewolnika

 

 

 

Święto pracy (robotnika) jest to święto na cześć robotników, którzy w 1886 roku protestowali w Chicago (USA) w obronie swoich praw.

W Europie (Wielka Brytania, Niemcy, Belgia, Francja) ten dzień zaczęto świętować od 1890 r. W Polsce pierwszy raz ten dzień chucznie obchodzony w 1950 r.

Władze PRL - u kultowały etos pracy oraz robotnika pod hasłem "Poprzez pracę odbudowujemy Polskę socjalistyczną". Robotnik był dla uwczesnych władz bardzo ważną postacią. Już I Sekretarze PZPR jeśli chcieli mieć poparcie w partii wśród ludu, spotykali się z ludźmi pracy.

 

 

 

Prawo pracy było przyjaźnie nastawione względem pracownika. Robotnik miał dużą ochronę socjalną. Robotnik i jego praca była doceniana. Pracodawca miał mniejsze pole do wyrzucenia pracownika z pracy. Robotnika było stać na: wyjście do kina, teatru, wyjazd na wczasy. Do wszystkiego były dotacje. Dzieci mogły wyjeżdżać na kolonie aby spędzić miło czas wakacyjny.

Pracownik miał "pełen wachlarz" kredytów (pożyczek nieoprocentowanych lub bardzo niskoprocentowanych)na zakupy.

Pracodawcy dbali o rozwój "duchowy", fizyczny, kulturowy pracownika. Często przy zakładach powstawały koła zainteresowań, komitety kultury fizycznej i turystyki. Firmy dla swych pracowników robiły imprezy branżowe. Wiedziano, że wypoczęty pracownik to pracownik, który jest efektywny.

Władze PRL-u wiedziały, że nie mogą za bardzo przyciskać pracownika bo to może źle się dla nich skonczyć. Przeważnie strajkami albo protestami. Dzięki złemu postępowaniu wobec pracownika powstały pierwsze Niezależne Samorządne Związki Zawodowe "Solidarność". Były to drugie związki zawodowe w Polsce. Pierwsze to CRZZ (Centralna Rada Związków Zawodowych). NSZZ powstało dzięki niepokojowi społecznemu związanemu z podwyżką cen żywności. W 1980 r. pierwszy raz robotnik pokazał swoją prawdziwą siłę oraz to, że potrafi się zorganizować. Wtedy władza PRL-u musiała ustąpić. W powojennej Polsce pierwszy raz robotnik wygrał z władzą i jej nie oddał aż do roku 1989.

 

 

 

Dnia 4 czerwca 1989 r. obyły się pierwsze wolne wybory parlamentarne w Polsce i w krajach władzy radzieckiej. Od tego momentu można powiedzieć, że robotnik przestał być partnerem dla pracodawcy.

Po przejęciu władzy przez ludzi związanych z Solidarnością, zaczęła się gehenna człowieka pracującego w naszym kraju. Po przemówieniu Leszka Balerowicza (minister finansów za czasów premiera Tadeusza Mazowieckiego) było wszystko wiadomo co zwykłego człowieka czeka. Jego słowa mówią do dziś jasno "Można robić wszystko to co nie jest zabronione". Człowiek pracujący przestał się liczyć. Likwidowano wielkie zakłady pracy. Nie patrzono, że przynosiły zyski. Robotnik był wyrzucany z pracy (często nie płacą mu ostatniej pensji i odprawy). Wtedy powstała nowa rzeczywistość dla pracownika było nim bezrobocie. Miliony Polaków zostało bez środków do życia, bo całe rodziny potrafiły pracować w jednym zakładzie, który później był likwidowany. Likwidację argumentowano tym, że jest demokracja i "wolny rynek". Po co taka demokracja człowiekowi jak nie ma co włożyć do "garnka". Samą demokracją człowiek się nie naje. W naszym kraju tak naprawdę nigdy nie było demokracji prawdziwej tylko "dzika" demokracja. Na początku powojennej demokracji w Polsce bogacili się przeważnie spekulanci oraz ludzie, którzy mieli układy partyjne. Dla przewodniczących Solidarności tworzono specjalnie miejsca pracy. Byli ludźmi nieprodukcyjnymi (nie przynoszących żadnych korzyści finansowych dla firmy) a dostawali i dostają bardzo duże wynagrodzenia.

Po roku 1989 zwykły pracownik został zrzucony z pielestału budowniczego dobrobyt Polski do roli podrzędnej. Człowiek przestał się liczyć. Liczą się tylko zyski i wykonanie jak najlepszego wyniku. Pracownik musi dziś pracować często ponad swe siły w większym wymiarze godzin (nie zawsze płaconych). Pracownika dziś można przyrównać do niewolnika z zamieżchłych czasów. Jeśli pracownik nie jest wydajny to poprostu zwalnia się z pracy. Płace często są na poziomie aby wystarczało na podstawowe sprawunki i to na czas od wypłaty do wypłaty. Zwykły pracownik nie może czesto pozwolić sobie na odrobinę luksusu np na wyjazd na wczasy lub realizowanie swoich zainteresowań. W pracy często stosowany jest mobing (przemoc psychiczna lub fizyczna) wobec pracownika. Pracodawca potrafi często powiedzieć, że jak czegoś pracownik nie zrobi (nie zawsze zgodnie z wykonywanymi czynnościami na swym stanowisku) to go zwolni bo na dane miejsce jest dziesięciu lub zabierze premię. Dziś pracownika traktuje się jako niewolnika pod kątem ekonomicznym. Ekonomia jest często wykorzystywana jako środek nacisku aby robotnik wykonał pracę nawet taką jaką do niego nie należy lub w godzinach nadliczbowych. Takie działanie pracodawcy prowadzi do konfliktów wewnątrz załogi a bywa i w domu. Pracownik ma czym się bronić. Taką obroną jest Kodeks Pracy, który reguluje stosunek pracodawca - pracownik. Często bywa tak, że pracownik mając prawo za sobą przegrywa z pracodawca ekonomicznie. Pracownika nie zawsze stać na dobrego prawnika w przeciwieństwie do pracodawcy lub prawo jest tak źle skonstruowane, że pracodawca łatwo wymiguje się od kary. Bywa także, że pracownik wygra w sądzie ale pracodawca i tak go zwolni z pracy. Krary dla nieuczciwych pracodawców są zbyt niskie aby poczuł na "własnej skórze" co znaczy nie przestrzeganie prawa pracownika. Na stan dzisiejszy pracownik bywa często na przegranej pozycji. Do roku 1989 mówiono że robotnik jest ważnym ogniwem doprowadzającym do dobrobytu nas wszystkich a dziś jest małym tylko trybikiem w maszynie zwanym Polska, którego można zawsze wymienić. Nikt nie dba o pracownika chodź zarobki zwykłego pracownika mówią o dobrobycie kraju. Wszędzie próbuje się stworzyć jak najliczniejszą klasę średnią, która doprowadza do lepszej gospodarki, lepszego funkcjonowania kraju i zwiększenia PKB (Produkt Krajowy Brutto). W Polsce to się tylko o tym mówi a z tworzeniem takiej warstwy społecznej to już jest gorzej. Jest duża przepaść między klasą średnią a najuboższymi. W Polsce dzisiaj można pracować a etacie a być biednym, kiedyś na taki stan rzeczy PRL nie mógł sobie pozwolić bo wiedział, że ludzie zmówią się i wyjdą na ulicę protestować. W dzisiejszych czasach zwykłemu pracownikowi często daje się wybór: praca za najniższą krajową albo bezrobocie. Pracownika dzisiaj bardzo się poniża takim wyborem. Żaden polityk przez te prawie 28 lat nie bierze takiego stanu rzeczy pod uwagę.

 

 

 

Od XIX wieku (po prostestach w 1886 r. w Chicago) pracownika biorą w obronę związki zawodowe. W krajach demokracji zachodniej pozycja związków zawodowych jest bardzo wysoka i liczącza. Pracodawcy oraz politycy wiedzą, że bez robotnika kraj upadnie i nikt na tym nie skorzysta. Uzmysławiają sobie, że każde złe posunięcie wobec pracownika może skończyć się protestami a nawet krwawymi zamieszkami a taki stan może doprowadzić do końca bytu rządu. W niektórych krajach (USA, Włochy) związki zawodowe pomagają w znalezieniu pracy bezrobotnym bo dobrze wiedzą, że jak zmniejszy ilość bezrobocia to zwiększy się im ilość składek oraz ilośc członków i popularność. Po roku 1989 w Polsce związki zawodowe zostały zmarginalizowane. W spółkach Skabu Państwa zaczęły powstawać mniejsze spółki, które zatrudniały taką ilość ludzi, że nie można było utworzyć związków zawodowych. Jeśli jest już ilość odpowiednia pracowników aby utworzyć z. z. to się przyszłych liderów szantażuje, że jak utworzą to ich się zwolni pod byle pretekstem aby wyglądało na zgodnie z prawem lub doprowadzi psychicznie, że dany lider sam odejdzie z pracy. Dzisiaj w Polsce prym wiodą dwa związki zawodowe OPZZ i NSZZ Solidarność. NSZZ Solidarność to legenda demokracji i wolności w całym bloku komunistycznym. Oprócz obrony pracownika zajmowali się działalnością polityczną. Z tej formacji wywodzą się tacy politycy jak: Lech Wałęsa, Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Jacek Kuroń, Donald Tusk, Bronisław Komorowski, Lech Kaczyński, Jarosław Kaczyński, Jan Olszewski, Leszek Moczulski i wielu innych polityków. To oni doprowadzili do demokratyzacji naszego kraju poprzez rozmowy z politykami PZPR np.: w Magdalence, przy "okrągłym stole".

 

 

 

Solidarność miała być gwarantem pozytywnej przemiany przy jak najmniejszym uszczerbku na społeczeństwie polskim. Tak się jednak nie stało. Kiedy odszedł z Solidarności Lech Wałęsa następni jego następcy stali się zwykłymi karierowiczami zaczynając od Mariana Krzaklewskiego porzez Janusza Śniadka skończywszy na Piotrze Duda. Solidarność była im potrzebna jako drabina do kariery politycznej nie patrzyli na potrzeby zwykłego pracownika. Janusz Śniadek jest posłem Prawa i Sprawiedliwości Piotr Duda zaraz po wstąpieniu na stołek prezesa Solidarności poddał ją od razy w ręce PiS. NSZZ Solidarność zostało upartyjnione i znów zapomniano o robotnikach. Gwarant pozytywnej przemiany cały czas zawodzi a nawet wostatnimi czasy szkodzi ludziom pracy. Kiedy ZNP (Związek Nauczycielstwa Polskiego) zapowiedział protest nauczycieli Solidarność zapowiedziała podać protestujących do sądu bo taką sytuację uważa za nielegalną. Solidarność zapomniała, że nie jest sama jako jedyny związek zawodowy. Solidarność popiera PiS i czuje się bezkarna. Czy kiedyś Solidarność jako związek zawodowy pomyśleli, że członkowie mogą mieć różne poglądy polityczne? Solidarność zapomniała o swoim prawdziwym celu do jakiego została powołana czyli do obrony pracownika. Solidarność nie potrafiła rozmawiać z żadną poprzednią władzą i nie chce wspolnie z innymi związkami zawodowymi decydować o krztałcie prawa pracy. Przez takie postępowanie traci tylko zwykły robotnik. Solidarność tak jak Prawo i Sprawiedliwość chce cały czas narzucać swoją wolę nie patrząc na przeciwności. Najlepiej widać to przy rozmowach trojstronnych (rząd, związki zawodowe i związki pracodawców), kiedy trzeba myśleć o płacy minimalnej. Przez Solidarność nie można dojśc do kompromisu. Myślą, że jak są legendą to mogą wszystko ale zapomnieli, że jest demokracja a nie "zamordyzm".

Jednym z zamierzeń Solidarności miały władze przestać sprowadzać pracowników w tzw. teczkach czyli na pewne stanowiska przychodzili ludzie narzuceni przez partię. Możliwe, że po roku 1989 by się to udało ale nie było dobrej woli ze Strny polityków związanych z Solidarnością. Kiedyś taki człowiek "narzucony" musiał mieć odpowiednie wykształcenie oraz znać się na tym co miał robić. To nie był zwykły z "łapanki". Dziś ściąga się ludzi, nie wykształconych, nie mających żadnego pojęcia w sprawie kierowania lub zarządzania daną grupą pracowników np.: brygadzista, który ma za zadanie pracować fizycznie a zarazem mieć oko na innych pracowników zachowuje się jak kierownik nie mając wykształcenia w tym kierunku a często bywa, że nie ma żadnego. Brano pod uwagę, że miał swoją firmę a zapomniano sprawdzić dlaczego upadła i czy to nie jest zwiny złego traktowania innych. Takie podejście pracodawcy do sprawy jest patologiczne i szkodliwe dla firmy i pracowników. Często bywa tak, że dany brygadzista zapomina, że ma jeszcze nad sobą kierownika i z większością decyzji idzie do biura pomijając swego przełożonego. Takiemu brygadziście narzucane są odpowiednie wyniki do zrobienia a nie mając pojęcia o zarządzaniu ludźmi wprowadza tzw. dyktaturę. Narzuca swoją wolę nie patrząc na nic zapominając o tym, że do zrobienia wyników są też inni. Dla niego drugi człowiek jest "nikim". Jak dany człowiek lub grupa nie wyrobią wyników, bo co chwilę zmienia zdanie lub narzuca nowe zadania, to zabiera bez wytłumaczenia premie. Taki człowiek nie przyjmuje żadnych sprzeciwów. Dla pracodawcy powinno "właczyć się czerwone światełko" dla takiego brygadzisty bo coś jest nie tak. Człowiek od prac fizycznych staje się człowiekiem biurowym. Dzisiaj jest to następna patologia doprowadzająca do szkody wobec zwykłego pracownika. Pracownik, który nie jest dobrze zarządzany tylko chaotycznie nigdy nie zrobi zadania poprawnie bo bycie pod strachem nie daje nic dobrego a może doprowadzić do frustracji i wściekłości w przyszłości. Jeśli jest taka sytuacja to taki brygadzista powinien wziąśc na siebie całą odpowiedzialnośc za wyrobienie wyników, bo jeśli źle traktuje swych podwladnych to już jest tylko jego wina lub samego pracodawcy za źle wybranego brygadzisty.

W demokracji jest tak, że pracownicy mają w samorządach swoich przedstawicieli pod postacią związków zawodowych (jak to mówi Konstytucja RP). Do nie dawna tak było aż do ostatnich wyborów parlamentarnych 2015, kiedy wygrało Prawo i Sprawiedliwość. W 2014 roku powstała w każdym powiecie Rada Rynku Pracy aby doradzać Staroście w sprawie bezrobocia na danym terenie, przyznawania pieniędzy na rozwój biznesu. W Radzie Rynku Pracy ustawodawca zapisał, że muszą znaleść się wszyscy przedstawiciele związani z Układem Trójstronnym (NSZZ Solidarność, OPZZ oraz przedstawiciel pracodawców). Tam gdzie starostą został człowiek wywodzący się z PiS, usuwał z tej rady OPZZ (często jest to największy związek zawodowy w powiecie). Jest to w tym momencie złamanie przepisów Konstytucji i ustawy. Znów w tym momencie traci zwykły pracownik, bo nie ma swego przedstawiciela. Tam gdzie wchodzi polityka swymi w "brudnych buciorach" tak jest tylko źle bo traci zwykły człowiek. Pracownik dzis już nie może protestować tak jak kiedyś o swoje bo: może stracić pracę, musi mieć pozwolenie od władz samorządowych pozwolenie na protestu duże a nie raz bywa tak, że i to mu się zabrania bo od nie dawna na takie protesty pierwszeństwo mają rządzący, którzy w każdej chwili mogą wymyśleć sobie jakiś marsz (ustawa o zgromadzeniach).

Podsumowując co się działo przez lata z robotnikiem w naszym kraju nie można mieć do końca optymistycznego poglądu. Jeśli pracodawca i politycy nie zrozumieją, że robotnik tak naprawdę daje im pieniądze bo pracownik wykonuje cała robotę a nie oni. Żeby nie robotnik to pracodawca sam musiałby pracować np w hucie, fabrykach, firmach transportowych, PKP, górnictwie tego wszystkiego pojedyńczy człowiek nie wykona tylko odpowiednia grupa, która musi być dobrze oplacana i mieć komfort pracy (psychiczny i fizyczny). Pracodawcy w Polsce wrócili do starego myślenia, że pracownik to niewolnik i może z nim robić co chce. Tylko niech pracodawcy przyjrzą się temu protestowi z 1 maja 1886 roku w Chicago i jak mogą potoczyć się ich losy kiedy taki "niewolnik" się zbuntuje w jednej chwili. Dzisiaj pracownik jest na skraju wyczerpania i bańka niesprawiedliwości może pęknąć. Drugi przykład jest z roku 1917 z Rosji. To zła postawa pracodawców wobec pracowników popchala robotników w ręce rewolucji tzw. Rewolucji Październikowej. Dziś taką historię prubuje się wymazać z historii ale trzeba wziąść pod uwagę, że historia lubi się powtarzać oraz ten kto nie bierze wniosków z przeszłości ten przegrywa.

Na zakończenie trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie czy 1 maj to święto pracy (robotników) czy niewolników a może zmienić nazwę na poprostu rozpoczęcie majówki i grillowania bo dzis robi się wszystko aby zapomnieć o tak bardzo ważnym święcie dla nas wszystkich a może w niedalekiej przyszłości znów nas czeka prawdziwy bój o swoje prawa pracy?